piątek, 31 sierpnia 2012

„Hurysy z Katalogu”



Tytuł: „Hurysy z Katalogu”
Autor: Edward Guziakiewicz
Wydawca: Dreams
Numer wydania: I
Data premiery: 2011-07-12
Język wydania: polski
Język oryginału: polski
Ilość stron: 184
Rok wydania: 2011
Forma: książka



Książkę zaszufladkowałam już na samym początku. Wpierw, jak zawsze, sięgnęłam po informacje o autorze. Edward Guziakiewicz urodził się w tym samym roku, co moja Mama. Nie napawało mnie to optymizmem, cały czas w mojej głowie dźwięczała myśl: „Co starszy Pan może mieć do zaoferowania mojej osobie?”. Wyszłam z założenia, że skoro facet ma swoje lata, to będzie takie niedzisiejsze czytadło. Oż! Jak bardzo się myliłam! Nie wzięłam pod uwagę, że do gatunku, który reprezentuję pozycja „Hurysy z Katalogu” wcale nie trzeba być dzisiejszy, wystarczy mieć tylko mega bujną wyobraźnię.



Moje drugie spostrzeżenie na temat książki, które sprawiło, że miała ciężki początek z lektury, to fakt, że pierwsze strony odebrałam bardzo seksistowsko, no ale o tym sami się zaraz przekonacie, już zdradzam kawałek fabuły.

Raul to emerytowany pracownik Sił Kosmicznych Układu cieszy się życiem – jakby to delikatnie powiedzieć – playboya. Lecz nie chodzi mi tu o to, że wyrywa laski na lewo i prawo. Po co, przecież tam gdzie mieszka, czyli na Dianie, można kupić sobie androida. Jest w posiadaniu Afrodyty – pięknej, seksownej maszynki do uprawiania miłości. To właśnie mnie tak bardzo na wstępie zbulwersowało. Ale po przemyśleniu sprawy – czemu nie!

Raulowi towarzyszy pragnienie odwiedzenia planety matki (przypomnienie z lekcji geografii i fizyki – 3 planeta od słońca inaczej zwaną Ziemią). Problem polega na tym, że na Ziemi nie można mieć Androida, no chyba, że jest Twoją żoną. Wszystko da się odpowiedni obejść. Jak widać, w przyszłości luki w prawie nadal istnieją. Mężczyzna przed wylotem postanawia oddać Afrodytę do serwisu, aby wgrać jej dodatkowe języki. Jak wielkie jest zdziwienie serwisanta, gdy ten zagląda Afrodycie w oprogramowanie i widzi w nim… No właśnie tego zdradzić nie mogę!

Nasz główny bohater był dość zamożny, dzięki temu, że odkrył rudę retelitu , która może służyć do wyrobu eliksiru młodości. No tak, ale na te złoża również chrapkę miał Groom i od tego właśnie zaczęła się całą afera. Przecież można się wkurzyć, jak ktoś Ci fortunę z pod nosa zwinie.

Dobrze, więcej zdradzać nie będę. Mniej, więcej wiecie, jakiego typu fabuły spodziewać się po tej książce.

Pomimo że ciężko było mi się przekonać do tej książki, to po zakończeniu muszę powiedzieć, że cieszę się, że trafiła w moje łapki. Czyta się ją dość wolno, głównie przez czcionkę. Przyzwyczajona jestem do wielkich literek, które tak często są używane w książkach młodzieżowych. Swoje lata mam i wzrok się męczy szybciej. Ostatnią bolączką tej książki jest okładka, która mnie rozzłościła – ale dopiero po przeczytani. Kurczę, książka taka fajna, fabuła świetna, a okładka „blech”. Jest dopracowana, to trzeba przyznać, ale ja nie dawałabym granatu i laski w foli aluminiowej, tylko np. twarz z profilu Afrodyty i Izydory – mniej przedmiotowo.

O piórze Guziakiewicza można pisać bardzo długo, ja natomiast podsumuję to w paru słowach. Nie wiem, czy to z wiekiem przyszło, czy też od zawsze tak miał – ale majstersztyk! Lekko, z poczuciem humoru, przystępnie – każdy szybciutko dojdzie do takich samych wniosków. Fabuła wartka, przyjemna, chwilami zabawna. Bohaterowie bardzo ludzcy! No czyż nie każdy facet ma problemy z erekcją w stresujących sytuacjach?

Książkę polecam nieco starszym czytelnikom, książkę na stronie Dreamsów można kupić za śmieszne pieniądze.

Moja ocena: 7/10

3 komentarze:

  1. Jednak do mnie ta książka nie przemawia ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Sol, ja myślę, że spodobałaby Ci się ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hm, myślę że po nią sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń